Studio Eksperymentalnych Form Kuchennych czyli życie w kuchni, kuchnia życia czy jak to się wszystko razem łączy...
Kategorie: Wszystkie | deser | dodatki | kolacja | obiad | odchudzanie | sałatka | śniadanie
RSS
sobota, 20 lutego 2016

Głodzilla zabiła mnie dziś nowym czasownikiem. Ale od początku. Obwieściłam wszem i wobec że szykuje na kolację hot-dogi. I Głodzilla zaoferowała swoją pomoc w obciapywaniu. Koniecznie chciała obciapywać. Długo dochodziłam o co chodzi. Otóż obciapywać to po prostu otwierać opakowanie z parowkami przy użyciu nożyczek. W tym samym czasie Głodomorra przekonała się, że jak mama mówi, iż czajnik jest si i nie wolno go dotykać, bo będzie ała, po pierwsze nie ściemnia, a po drugie dysponuje całą gamą różno-kolorowych maści, które potrafią złagodzić ból i spowodować, że rączka zmienia kolor z krwistoczerwonego na cielisty.

W ramach odstresowania polazłam dziś pospalać zapasy zimowe na rowerku i orbitreku. Pojeździlam, poorbitrekowałam się, i ogólnie ciut się zmęczyłam. Ponieważ zasłużyłam na odpoczynek to po powrocie do domu ugotowałam obiad, potem kolację. W między czasie zrobiłam kilka pralek, ogarnęłam tu i tam, zamówiłam zakupy, zrobiłam kefir, wykąpałam trzy zmęczone potwory (nie zabiłam ich - to sukces dnia dzisiejszego) i dzielnie próbuję obejżeć z nimi film o zajączku wielkanocnym ale ze wzgędu na pewien drobiazg (mój dzieciokogut obudził mnie o 5-tej) nie mogę utrzymać oczu otwartych.

Zieeeeeew

21:04, kikadebska
Link Dodaj komentarz »
sobota, 16 maja 2015

Drodzy skryto- i mniejskrytoczytacze... Dziś trochę reklamy ale warto przeczytać i  spróbować.

Miałam ostatnio okazję wypróbowania nowych soków marchewkowych. Najpierw pomyślałam że będą takie jak wszystkie inne. Już po otwarciu opakowania z sokami wiedziałam że przynajmniej opakowania mają wyróżniające się... Każdy sok ma zdjęcie pokazujące na którą część ciała osoby sok najlepiej wpływa. Soków jest pięć i każdy ma inny składnich dodatkowy, wpływający pozytywnie na co innego. Karotka Plus z Bananem ma witaminy ACE które są niezbędne dla każdego zdrowego organizmu, Jabłko-Marchew dodatkowo ma błonnik. O zaletach tego dodatku chyba nie trzeba nikogo przekonywać :) a zawsze fajniej wypić "dawkę" błonnika w pysznym soku niż zjadać tony tabletek. Kolejny sok marchwiowy ze stajni Fortuny posiada maliny i aloes. Dzięki niemu wygląd skóry może się tylko poprawić. Sok z brzoskwinią i zieloną herbatą pomaga oczyścić organizm z toksyn i pozytywnie wpływa na przemianę materii i mój zdecydowany faworyt... to sok z dodatkiem mango i lnu. Nie dość że to najsmaczniejszy ze smacznych soków to jeszcze dodatek lnu bardzo pomaga utrzymać zgrabną figurę. Jak wiecie jestem mamą trójki głodostworów i mimo iż w naturze moich dzieciaków leży to że po prostu nie przepadają za sokami marchwiowymi o tyle te im zasmakowały i na co dzień zagościły u nas w domu.

Życząc smacznego zachęcam do kupienia przynajmniej raz... bo to przecież nie można nie spróbować

#sokfortuna

Tagi: sok
13:53, kikadebska , odchudzanie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 25 października 2014

Wujek Głodostwórcy Tadeuszem nazwanym kiedyś, zanaprosił głodofamilię na imieniny. Postanowiłam upiec ciasto... ale jakieś takie inne... Jak pomyślałam tak zrobiłam. Wymyśliłam sobie że upieke ciasto marchewkowo czekoladowe z chili. Nigdy takiego nie jadłam ale kiedyś jadłam czekoladę z chili i mi smakowała więc wymyśliłam sobie że ciasto też będzie git. Udałam się do kuchni, wymieszałam co miałąm wymieszać, upiekłam... no ale tak zanieść ciasto którego nigdy nie jadłam i nie piekłam co więcej robiłam z głowy a nie z jakiegoś konkretnego przepisu, bez spróbowania to tak głupio... no bo jak będzie paskudne to siara będzie i zamiast przed lampucerami zabłysnąć to dam powód do obgadywania mnie na najbliższych 10 rodzinnych zjazdach... no to spróbowałam, potem spróbował Głodostwórca, Głodomór (dwa razy), Głodomorra (trzy razy)... maluchów nie zniechęciło nawet chili... Ciasto na imprezę nie dojedzie, myśmy się nim obdziochali a ja muszę liczyć na to że się dzieciaki nie wygadają że upiekłam ciasto ale je zeżarliśmy :) :) :)

CIASTO MARCHEWKOWO-CZEKOLADOWE Z CHILI

300 g mąki pszennej

50 g kakao w proszku

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżeczka sody

szczypta soli

200 g gorzkiej czekolady

4 łyżki mleka

3 jajka

150 g brązowego cukru

125 ml oleju

300 g marchewki startej

dwie garście migdałów

2 łyżeczki chili

Rozpuścić  150g czekolady w kąpieli wodnej lub w mikrofalówce dolewając 2 łyżki mleka. Odstawić. Marchewkę umyć, obrać, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach (ja wycisnęłam sok w sokowirówce - sok wypiłam a pulpę wrzuciłam do ciasta). Zmiksować  cukier z jajkami na puszystą masę. Dodać olej, zmiksować. Połączyć z czekoladą (nie może być gorąca). Następnie dorzucić mąkę, kakao, proszek do pieczenia, sodę, chili, sól, marchewkę i migdały. Wszystko wymieszać.  Masa wychodzi jak kleista plastelina. Wrzucamy ciasto do foremki, i pieczemy w 180°C przez ok. 40-50 minut (do suchego  patyczka). Po upieczeniu ostudzić.

Ja wystygnie robimy polewę. Bierzemy połowę tabliczki czekolady (tą która nam została), dwie łyżki mleka i rozpuszczamy czekoladę. Można w kąpieli wodnej ja to robie w mikrofalówce. Mieszamy do uzyskania jednolitej brei. Tą że breją polewamy ciasto. I jemy...

Życzę smacznego.

Dodam tylko że ciasto marchewkowe kiedyś wykopałam na jakimś forum, trochę je podrasowałam ale nie mam pojęcia skąd je wykopałam...

poniedziałek, 29 września 2014

Tak sie jakoś jesiennie zrobiło za oknem... niby jeszcze ciepło ale już zimno, niby świeci słońce a jednak jesienne szarugi są już ranną codziennością. Jak to na jesieni bywa ludzie popadają w zadumę i... MARUDZĄ. No ale taka jest natura ludzi. Po prostu lubimy marudzić. No cóż... jestem człowiekiem

Kończy się ciężki weekend. W sumie był na tyle męczący że cieszę się iż już się skończył. Bywają takie chwile kiedy posiadanie pasierba bardzo ciąży. Niestety ostatnio w zasadzie inne się nie zdarzają. Co ma ów biedny pasierb robić. Wychowywany na bezmózgiego, bezmyślnego egoistę. Ciut jest zagubiony w domu pełnym ludzi myślących i do tego logicznie myślących oraz widzących innych wokół siebie. Jak się czuje nastolatek którego co chwila pięciolatek gasi inteligencją i logicznym myśleniem. Jest zły, poirytowany, wściekły... a czyja to wina? No wychodzi w jego oczach że ja. A na kim się ów gość odgrywa? na biednych dzieciach które totalnie nie rozumieja co się dzieje i dlaczego...

Glodomorra i Głodostwór bardzo dzielnie dziś potuptali najpierw zapalić świeczkę na grobie dziadka i babci a potem pięknie się zachowywali u znajomych mimo totalnego zmęczenia. A nastolatek co zrobił? Trochę nie dopowiedział prawdy tu, trochę tam, trochę nakłamał, trochę naściemniał... a efekt? Kolejny schrzaniony weekend. Ile jeszcze takich weekendów? W imię czego mam to znosić?

00:02, kikadebska
Link Komentarze (2) »
wtorek, 09 września 2014

Dawno mnie tu nie było ale mnóstwo się działo.

Po pierwsze pojawiła się w domu Głodzilla. Ma niecałe cztery miesiące i jest boska. Grzeczna, ładna, spokojna i przesypia noce. Głodomorra i Głodostwór zachwycone, ja i Głodostwórca też choć Głodzilla to tak zwana niespodzianka wakacyjna :) no ale jak to śpiewała Majka Jeżowska "wszystkie dzieci nasze są" :)

Po drugie pojawiła się w domu Perta. To chyba najbrzydszy pies jakiego widziałam ale jest już nasz, jest kochany i bardzo potrzebował domu. Pertę odziedziczyłam w spadku po tacie. Niestety przyszedł czas kiedy to Aniołki postanowiły nauczyć się żeglować i wezwały kapitana do siebie. Mam nadzieję że mu się tam na górze dobrze żegluje. Ciesze się że zdążyłam przedstawić mu Głodzillę... Tata zmarł dzień po tym jak przywiozłam do niego trzytygodniowego bobaska. Od tego czasu minął już kwartał a jakoś dalej mnie to rusza... minie kiedyś? Zobaczymy

Jak by ktoś chciał zaopiekować się złotą strzałą (Renault Twingo) to szukamy dla niej domu. Nie mieści mi się w nim rodzina a Głodostwórca zdecydowanie odmawia bieganie przed autem... nawet w imię zdrowia... no cóż troszkę go rozumiem.

Głodostwór chodzi do pierwszej klasy. Już drugiego dnia zaczął narzekać na niski poziom wiedzy. Jak to określił spodziewał się ze dzieci będą mądrzejsze... no bo przecież są już w szkole... poza tym nie jest w stanie zrozumieć czemu dzieci nie potrafią kręcic hula hop... no i wytłumacz to dzielnemu pięciolatkowi...

Głodomorra postanowiła być mądrzejsza od brata. Ja już mam pietra i szukam samotni na czas kiedy ona dopnie swego. A znając ją zrobi to. Prędzej czy później zrobi. Dlatego jak by ktoś znał jakąś samotnie dla mnie to poproszę o info na priv. Planuje zabrać ze sobą Głodostwórcę wiec samotnia musi dawać możliwość ukrycia dwóch dorosłych osób (może być opcja piętrowości ;))

No to chyba tyle tytułem streszczenia i odkurzania starych kątów. Niebawem znów tu wrócę bo mam milion nowych przepisów do powrzucania :)

17:04, kikadebska
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 28 stycznia 2014

Bywają takie dni że od rana wszystko mówi człowiekowi żeby
nie wychodził z łóżka. A człowiek z natury głupia istota wyłazi i lezie na
spotkanie z rzeczywistością… Moja dzisiejsza rzeczywistość mnie wkurza. Ale
pewnie niedługo mi przejdzie.

W weekend byliśmy na festiwalu szantowym całą rodzinką
(łącznie z naszym domowym czworonożnym, notorycznym gubicielem sierści marki
Golden Retriever). Od samego początku jakoś szło nie tak. Najpierw w nocy
przedwyjazdowej Głodomorra się pochorowała i haftowała całą noc non stop (co
kwadrans od 23:30 do 5:30) ale o tym będzie tez niżej więc się nie będę
wgłębiać. Zresztą chyba tych szczegółów to nikt nie chce znać. Potem spóźnieni
jechaliśmy z Piaseczna na Śląsk przez Małopolskę (proszę się nie dziwić to nasza
„ulubiona” trasa) bo trzeba psiaka podrzucić do opiekuna. Na festiwalu znajomi
bliżsi i dalsi jako że mnie dawno nie widzieli przyglądali się moim
zaokrągleniom tu i tam z ciekawością ale niewielu odważyło się spytać. Otóż
niniejszym wyjaśniam. Nie obżarłam się tak w święta. Spodziewam się Głodomorry
II i to od 6 miesięcy się spodziewam więc z natury rzeczy płaska być nie mogę…
To tyle z wrażeń festiwalowych. A i chciałam napisać że kocham Bananki.
Normalnie jak tylko ich widzę to się uśmiecham. Perły też kocham ale moje
uczucie do nich ma podłoże również bardziej prywatne.

Wylałam z rana kawę. Każdy kto zaczyna dzień od kawy wie że
poranna kawa na ziemi a nie w żołądku to kiepski pomysł żeby nie powiedzieć że
bardzo kiepski.

Poza tym moja koleżanka wyjeżdża. Chciałoby się powiedzieć
że to żadna tragedia. Ale ona jest taką kobietą że jako coś robi to na całego.
Jak robi ciastka to nie jakieś tam byle jakie ciastka tylko najlepsze na
świecie ciastka wszystkomające. Jak robi obiad mężowi do pracy to nie zwykły
mielony z ziemniakami i pomidorem tylko piękne, zdrowe i sycące Bento. Jak
wyjeżdża to nie na weekend na działkę pod Wyszkowem tylko na stałe do Szkocji (a konkretniej do Irlandii pomyłka mała choć pewnie mniejsza dla mnie niż dla Irlandczyków)…
sami rozumiecie że na całego. Zmieniamy troszkę temat…

Ogólnie to każdy rodzic czasem przeżywa coś takiego jak
choroba dziecka. Wiem że ilość moich dzieci na to nie wskazuje ale mam w tej
kwestii w sumie niewielkie doświadczenie ale już się nauczyłam że chorobę
dzieci można podzielić na pewne etapy. ETAP I:  CHOROBA WŁAŚCIWA. Dziecko
choruje, mama rzuca wszystko co tylko może rzucić i opiekuje się swoim małym
chorym maleństwem (nawet jeśli owo maleństwo jest już w wieku tartacznym) –
mamy tak mają. Przynoszą czego dziecko chce (niekoniecznie czego dziecko
potrzebuje), zabawia i jest z dzieckiem cały czas. Potem po etapie I następuje
ETAP II: DZIEŃ PRZEŁOMU. To taki dzień w którym dziecko czuje się już dobrze
ale mama jeszcze chucha i dmucha bo boi się że to chwilowe. Po tym jednym dniu
większość mam już wie że będzie lepiej i następuje ERAP III: ZDERZENIE ZE
ŚCIANĄ. Jest to trudny dzień dla każdej ze stron. Tego dnia dziecko chce aby
stan który pamięta (stan choroby kiedy mama była tylko dla niego/dla niej)
trwał cały czas i całym sobą próbuje do tego dążyć. Mama natomiast chce aby
stan który ona pamięta trwał. A mama jak to osoba starsza ma problemy z
pamięcią krótkotrwałą więc pamięta czas sprzed choroby kiedy to dziecko było
grzeczne, zajmowało się sobą, grzecznie się bawiło i pomagało mamie w sprawach
różnych (tak wiem wersja idealna dziecka ale tak to już jest z pamięcią mam).
Tego dnia mama ma potrzebę nadrobienia wszystkiego co zawaliła w trakcie
choroby dziecka a dziecko robi wszystko żeby mamie się nie udało. Prowadzi to
do jednego. Wielkiego wybuchu po stronie mamy i jeszcze większego po stronie dziecka
(a może na odwrót???). Dodam że lepiej nie być tego dnia w pobliżu. Po tym dniu
następuje ETAP IV: ZBRYKIWANIE DZIECKA. Chodzi ogólnie o okres od paru do
parunastu dni kiedy to dziecko ma wrócić do normalności, mama nadrabia
zaległości a życie zaczyna toczyć się powoli normalnym rytmem. Jest to czas
rozmów, tłumaczenia, dyskusji i pokazywania itd. Bardzo proszę o trzymanie
kciuków za nasz ETAP IV. Wczoraj przeszłyśmy z Głodomorrą ETAP III i dziś
wkraczamy w ETAP IV.

A co robi mama w dniu etapu III wieczorem? Odstresowuje się.
Każdy na swój sposób. Ja gotuję. No i wczoraj powstało ŚLIWKOWE LECZO W CHLEBIE

 

ŚLIWKOWE LECZO W CHLEBIE.

4 parówki

2 papryki

średni por

pomidor

marchewka

4-5 śliwek (mogą być suszone lub mrożone)

1 chleb razowy

0,5l wody

odrobina oleju

Sól, pieprz do smaku

 

Parówki kroimy w talarki i smażymy na odrobinie oleju, do
parówek dorzucamy paprykę pokrojoną jak na leczo, pomidora w kostce, pora w
talarkach, marchewkę w półtalarkach i śliwki w kostkach. I wszystko razem
smażymy. Ja soli nie lubię ale w  tym momencie można trochę podsolić. Ja
kroję wszystko na bieżąco i wrzucam po kolei. Dzięki temu jak wrzucam śliwki to
reszta jest już trochę podsmażona. Następnie zalewam całość wodą, przykrywam i
duszę około 30-40 minut na małym ogniu. Po tym czasie sole i pieprze do smaku.
Chleb kroję na pół tak by powstały dwie prostokątne rynienki z chlebka. Środek
drążę i wydrążony miąższ z chleba dorzucam do leczo. Przykrywam i duszę jeszcze
z 10-15 minut. Chleb zagęści nam sos który z natury wrzuconych rzeczy jest
bardzo wodnisty. Tak przygotowane leczo wkładamy do foremek z chleba, zawijamy
w folię srebrną i pieczemy w temperaturze 200 stopni przez 30 minut. Oczywiście
takie leczo można też zjeść z kaszą, makaronem czy ryżem zamiast chleba ale w chlebie
smaczniejsze.

 

Życzę smacznego

 

czwartek, 31 października 2013

Kolejny dzień za nami... kolejne parę dni doświadczeń na naszym karku. Tak jakoś
mi się sentymentalnie zrobiło. Pewnie to przez jutrzejszy dzień, a może przez
dzisiejszy? A może to przez ludzi, którzy wściekają się na dzieci przychodzące
w pięknych strojach i z radosnym uśmiechem wołające: "cukierek albo
psikus"... bo przecież jak jeden z drugim smutasem byli dziećmi to nie
obchodziło się Halloween... Dlaczego teraz dzieci mają czelność się bawić,
przebierać, śmiać się i pochłaniać tony cukierków w czasie, kiedy powinny
grzecznie leżeć w łózkach i szykować się psychicznie do święta, jakim jest
święto zmarłych?... A może właśnie po to żeby za 50 lat te stare już dzieci z
uśmiechem otwierały drzwi na dźwięk dzwonka 31 października trzymając w ręku
torbę cukierków dla małych kościotrupów, dyń i innych księżniczek?

Jednak dzisiejsza melancholia wynika z czegoś innego. Wszyscy szykują się na
jutrzejszy dzień. Znicze, kwiaty, trasy autobusów cmentarnych… wszystko
ustalone i obcykane. A jutro? Jutro wspólny czas z bliskimi, zapach palących się
zniczy mieszający się z jesiennym wiatrem i nutą chryzantem, smak herbaty z
termosu i pańskiej skórki kupionej na prędce pod cmentarną bramą… A co z tymi,
którzy nie mają grobów do odwiedzenia? Nie maja przeszłości do wspominania i
historii rodzinnych do opowiadania własnym dzieciom lub całe życie starali się
zapomnieć o wydarzeniach, których byli świadkiem w przeszłości? Co z tymi,
którzy kiedyś będą leżeć w pierwszym grobie, na który rodzina będzie chodzić?
Są tacy. Jest takich osób mnóstwo. Próbowałam dziś o tym z kimś pogadać i co?
Nie było warto próbować. Jeszcze ochrzan zaliczyłam za coś, za co nie należał
mi się on totalnie. Ludzie niestety interesują się tylko sobą i są głusi i
ślepi na innych… Przecież dużo łatwiejsze jest się skupić na sobie niż na tym,
co inni chcą nam powiedzieć. Smutne jest to, iż mimo kolejnych podobnych
zdarzeń dalej raz na jakiś czas próbuję, dostaję po uszach, a osoby, które próbowałam
obdarzyć zaufaniem nawet nie mają pojęcia o tym ze sprawiły mi przykrość.

A teraz trochę na osłodzenie dzisiejszego lub jutrzejszego dnia…

Halloweenowe stworki potworki

1 serek mascarpone (250g)

150g herbatników drobno pokruszonych

2 łyżki gorzkiego kakao

Pomarańczowy i czarny barwnik spożywczy

Mieszamy pokruszone herbatniki z serkiem mascarpone na masę o konsystencji plasteliny. Dzielimy
na trzy części. Z jednej części bez barwników robimy halloweenowe duszki, do
drugiej dodajemy pomarańczowy barwnik i lepimy dynie wielkości orzecha
włoskiego. Do trzeciej dodajemy kakao i czarny barwnik i lepimy nietoperze
(podobnej wielkości, co dynie). Łasuchy mogą do masy dosypać trochę cukru i/lub
dodać bakalie. Z masy (z dodatkiem kakao, kawy lub cukru waniliowego) można
zrobić też kulki wielkości orzecha i podawać nawet na wykwintnych przyjęciach.
Ogólnie masa jest dość uniwersalna, bardzo smaczna i banalna do zrobienia.

Super można się nią bawić z dziećmi. W Halloween lepimy dynie, duchy i
nietoperze, w święta mikołaje, śnieżynki i bombeczki do zawieszenia na choince,
a w Wielkanoc jajka, kurczaczki i kwiatuszki. Wszystko zależy od naszej
wyobraźni.

Życzę smacznego

czwartek, 12 września 2013

Dziś dowiedziałam się ze nie ma znaczenia co człowiek robi I jak... ważne jest tylko to co inni o Tobie powiedzą. Teoretycznie nasze czyny mają szansę zmienić sposób myślenia innych o nas tylko pytanie po co się starać? Gdyby te osoby warte były starania to czy przypadkiem nie powinni chciec nas poznać zanim nas ocenią? Czy skoro kogoś szufladkują na podstawie opinii osoby która nas wcale nie zna to czy w ogóle sa warci zainteresowania I starania? Ja myślę ze nie... choc ten sposób myslenia raczej nie pomaga ale czy lepiej miec jednego prawdziwego przyjaciela który skacze za nami w ogień czy masę przyjaciół którzy w chwili próby wbijają nam nóż w plecy... Dzięki jednej szczerej osobie ja już sobie na to pytanie odpowiedziałam I od razu mi lepiej :)

 

W ramach lepiej moja brzoskwinia pozstanowiła mi udowodnic ze da się nas zasypać brzoskwiniami totalnie. Ostatnio wszystko u nas nosi miano brzoskwiń. Rozdajemy znajomym, robimy powidła, nalewki, placuszki, mięsa... wszystko jest z brzoskwinią. Dziś polecam POWIDŁA BRZOSKWINIOWE Z CHILLI

 

POWIDŁA BRZOSKWINIOWE Z CHILLI

brzoskwinie (3kg)

ewentualnie troche cukru (zalezy od słodkości owoców)

suszone papryczki chilli z nasionkami ppokruszone na małe kawałeczki lub przyprawa "ostra papryka" (1 łyżka od zupy)

sok z limonki

łyżka cynamonu

 

Brzoskwinie myjemy, odpestkowujemy, wrzucamy do garnka I smażymy z nich powidła. Po prostu grzejemy je na malutkim ogniu często mieszając aż się zupełnie rozpadną (2-3 dni) na noce oczywiście wyłączając. Na początku można troche podlać wodą. Jak już owoce się rozgotują dodajemy cynamon, sok z limonki (jednej) przyprawe chilli I ewentualnie troche cukru zeby nie były kwaśne. grzejemy jeszcze dzien I pakujemy do słoiczków. Powidła nadadzą się jako dodatek do wędlin, serów I mięs. W zależności od upodobań można dodac mniej lub więcej ostrej przyprawy. Jak by powidła stały się za gęste można w trakcie robienia podlewać je jeszcze woda

Tak więc drodzy... myślcie sami bo plotki są fuj poza tym ogolnie powodują przynajmniej lekki dyskomfort psyhiczny jak nie regularnego doła no I...

życzę smacznego...

 

sobota, 17 sierpnia 2013

Zbliża się do nas jesień wielkimi krokami. W dzień jeszcze ciepło ale wieczory i noce są już coraz zimniejsze. Na straganach jest teraz pięknie. Wszystko kolorowe, świeże, wybór przeogromny. Niestety oznacza to że niebawem przyjdą jesienne słoty a po nich zimowe mrozy. Jest to moment kiedy zwierzątka zaczynają zbieraż zapasy na zimę. Przypominam tylko iż mimo naszej inteligencji jesteśmy zwierzętami. A to oznacza ni mniej ni więcej niż to, że nasze organizmy robią to co większość zwierząt - ZBIERAJĄ ZAPASY NA ZIMĘ. Jeśli więc nie chcemy aby nasza waga z tygodnia na tydzień pokazywała nam ciut więcej, aby nasze spodnie nie były teraz coraz ciaśniejsze a na wiosnę żebyśmy nie musięli zrzucać zbędnego balastu to wlaśnie teraz musimy troche skupić się na tym co i kiedy jemy. Przede wszystkim pamiętajmy o ilości i jakości posiłków.

Poza tym  wzorem moich głodostworków należy się teraz skupić głównie na warzywach i owocach. Owoce mają sporo cukrów więc warto je jeść raczej rano i wczesnym popołudniem. Potem głównie warzywa, Szczególnie teraz kiedy warzywa i owoce są świeże warto ich jeść jak najwięcej. Obowiązkowo do każdego posiłku musi być przynajmniej jedna duża porcja zieleniny. Z owoców szczególnie polecam śliwki. Jest ich mnóstwo rodzajów a teraz kiedy zaczynają się ich zbiory są śmiesznie tanie. Pomagają one naszym brzuszkom i podbrzukom zwalczyć nadmiary jedzenia jakie często po róznych grillach zalegaja w nas tu i tam. Na jesień i zimę warto zrobić sobie powidła śliwkowe (przepis ponizej).

Z warzyw ja preferuję kukurydzę. Wieczorkiem na kolację pochłaniam kolbę albo dwie. Gotuję je w osolonej wodzie (łyżeczka soli na garnek wody - wrzucamy kolbę na zimną wodę i po zawrzeniu gotujemy kwadrans) albo piekę na grillu (smarujemy kolbę masełkiem, solimy, zawijamy w folie i na grilla - po kwadransie gotowe). Kukurydza ma to do siebie że się ją bardzo ciężko trawi. Obciąża więc nas troszke ale za to nie wchodzi w boczki. Polecam też kalafiora który świetnie zastępuje ziemniaki do obiadu lub brokuły. Och.. teraz to jest raj warzywny wiec w zasadzie im więcej tym lepiej.

Kolejną polecaną teraz przeze mnie rzeczą jest grill. Ale nie... nie jedzcie grilli tylko jedzenie z grilla. Papryki, cukinie, brokuły, kukurydze no i mięsa... w zasadzie dowolne. Grillowanie ma tą zaletę że można wszystko przygotować beztłuszczowo, a to bardzo jest dobre dla naszych talii. My z Głodomorrą, Głodostworkiem i Głodostwórcą codziennie grillujemy. Mięso i warzywa. Samo zdrowie a i smak jaki. Podczas grillowania nalezy uważać na sosy. Sa niezbędne ale warto pamiętać że najlepiej zrobić je samemu używając do tego jogurtu naturalnego (dodając przeróżniaste przyprawy) niż zaufać majonezom, musztardom lub gotowcom kupowanym w sklepach. One niestety niweczą wszystko co jest dobre dla talii i niższych rejonów w jedzeniu z grilla. Jako zachętę dodać mogę tylko drobny szczegół z mojego życia. Od kiedy zrobiło się ciepło obżeram się żarciem z grilla w zasadzie codziennie (nawet czasem piję do tego piwo) a od rozpoczęcia sezonu grilloweego (chyba jakoś w kwietniu) nie przybrałam na wadzę nawet kg :) Na koniec dodam przepis na powidła:

POWIDŁA ŚLIWKOWE

1 kg śliwek węgierek twardych

2-3 łyżki cukru (ja lubie powidła kwaśne można dodać więcej cukru lub słodzik)

6 goździków

3 łyżeczki cynamonu

1 łyżeczka gałki muszkatałowej

pół szklanki wody

Śliwki odpeskowujemy, wrzucamy do garnka najlepiej z grubym dnem, podlewamy wodą, dorzucamy cukier i wstawiamy pod przykryciem na minimalny ogień. Mieszając często gotujemy śliwki przez 2-3 dni (wyłączając oczywiście na noc) aż zrobi się z nich jednolita papka (skórki też się rozgotują). Należy mieszać często od dna aby się nie przypaliły. Jeśli to zrobią to można je ratować przelewając delikatnie do innego garnka tak by spalona część została w pierwszym. Jak już śliwki się rozgotują dorzucamy przyprawy i  trzymamy na ogniu jeszcze z dwie godziny aby przyprawy zdążyły się przegryźć. Ja wrzucam do wyparzonych słoików gorące powidła, zakręcam i obgotowuje je kwadransik. Potem gorące stawian na nakrętkach i zostawiam do ostygnięcia. Dodam tylko że porcja z kilograma śliwek starcza mojej Głodrodzince na pierwszy rzut i aby starczyło do końca zimy robię zazwyczaj z 5 kg śliwek (dodam że robie jeszcze konfitury wiśniowe, powidła brzoskwiniowe i pare innych mazideł owocowych).

Jeśli w trakcie gotowania widzimy że nad powidłami zbiera się dużo soku to można ten sok zlać i zawekować na zimę w butelce. Taki sok można używać do wody do picia, do ciast, mięs albo jako podstawę do pysznego kisielu.

Zyczę smacznego

czwartek, 18 lipca 2013

Wstałam rano, będąc w pidżamie weszłam na wagę i waga pokazała 47kg, zjadłam ciasteczko, wypiłam kawkę, założyłam spodnie rozmiar 36 i musiałam je spiąć paskiem bo mi spadały :)... Mam 1 męża, 2 głodostworki, 3 dychy przekroczone i jak wchodzę na wagę widzę 4 z przodu :)... do szczęścia brakuje mi tylko 5 milionów na koncie ale nauczyłam się bez nich żyć i też jest nieźle... Sporo z moich koleżanek mających dzieci pyta mnie jak to zrobiłam... a ja po prostu stosuję się do paru zasad w odżywianiu i samo tak wyszło.

Żeby nie było że ja zawsze chuda byłam... o nie... kiedyś to ja nawet bardzo gruba byłam i to przed ciążami. Ważyłam przy wzroście krasnala (157cm) 79kg. Tak to możliwe. Ale trafiłam na kogoś mądrego i czerpałam z jego wiedzy ile się da. A wracając do sedna... po ciąży i nie tylko po ciąży: jak się chce to da się schudnąć i to nie głodząc się ani nic takiego. Spora część zamieszczanych przeze mnie przepisów nie dość że mi umożliwiła zrzucenie zbędnego bagażu to jeszcze w dość istotny sposób mi w tym pomogła. Pomyślałam sobie, że warto mądrość "ludową" przekazać dalej bo i po co mam ją chować tylko dla siebie. Postaram się w miarę regularnie umieszczać zasady którymi się kieruję a okaże się ze tabletki na odchudzanie, mordercze treningi czy drakońskie diety wcale ale to wcale nie są potrzebne. Trzymam kciuki za każdego kto zechciałby podjąć walkę z kilogramami i chętnie posłużę radą i wsparciem w chwilach zwątpienia.

ZASADA I: ODPOWIEDNI ROZKŁAD I JAKOŚĆ POSIŁKÓW

  1. Podstawą jest ilość posiłków w ciągu dnia. Musi ich być przynajmniej 4.
  2. Najadamy się a nie przejadamy
  3. Najbardziej kaloryczne posiłki musza być z rana albo do ok 16, wieczorem najmniej kaloryczne
  4. Ostatni posiłek jem między 18 a 19, tak by organizm zdążył sobie z nim poradzić zanim pójdę spać (staram się nie kłaść później niż 22 ale przy dwójce dzieci nie zawsze mi to wychodzi)

 

A teraz może (nie)krótki komentarz.

AD1. Najważniejsze to przyzwyczajenie organizmu że nie musi kitrać kilogramów na ciężkie czasy tylko może nadmiaru się pozbywać. Po to jest dużo posiłków. Lepiej zjeść parę razy w ciągu dnia ale drobne posiłki niż jeden czy dwa gigantyczne. Poza tym dużo pijemy. Osobiście uważam że wodę to piją kwiatki więc piję dużo herbat a jeśli woda to z bąbelkami. Czasem piję taką zwykłą wodę ale rzadko. Lubię herbaty w zasadzie każde. Pijam dużo herbat czerwonych i zielonych. Wybieram smakowe co by sobie urozmaicić. Osobiście nie słodzę ale jak ktoś musi to proponuję zamiast cukru użyć słodzika. Zawsze to mniej kalorii w brzuch i pupę będzie się chciało wcisnąć. Zaplanujmy sobie co i o której będziemy danego dnia jedli i zapewnijmy sobie wszystko czego potrzebujemy na przygotowanie posiłku. Odpada: "kupię sobie coś po drodzę". Takie coś po drodze raczej nie pomoże nam pozbyć się kilogramów.

AD2. Jemy spokojnie i przestajemy jeść jak zaczynamy się czuć najedzeni. Nie jedzmy do końca tylko dlatego żeby się nie zmarnowało. Jak brzuszek mówi że już jest najedzony to znaczy że zjedliśmy więcej niż potrzebowaliśmy. Przeładowywanie go jest bez sensu. i tak wszystko co zjemy po tym momencie wyląduje w toalecie. A jak zostanie na talerzu to można schować do lodówki i spożytkować na następnym posiłku. Jak mamy brzuchy rozciągnięte to dobrze jest przed posiłkiem wypić pół lub całą szklankę wody.

AD3. A teraz kaloryczność posiłków. Nie chodzi o to żeby sobie odmawiać wszystkiego. nikt w ten sposób długo nie wytrzyma (no chyba że modelki ale jak ich nigdy nie rozumiałam). Sprawa wygląda tak że rano nasze organizmy budzą się po całej nocy głodówki i chcą jeść. Powinniśmy im to jedzenie zapewnić. Jak mamy ochotę na sałatkę z majonezem, albo kanapki z masłem, wędliną, żółtym serem i ketchupem, albo hamburgera to najlepiej rano. A dlaczego??? A dlatego że do wieczora mamy wiele godzin na spalenie. Co więcej. Ja na przykład mam tak że jak rano się nie najem to będę głodna cały dzień i w ciągu dnia zjem dużo więcej niż jak rano się porządnie najem. Wiem że są osoby które rano nie są w stanie nic zjeść. Ale to trzeba się nauczyć. Od czegoś trzeba zacząć. Może serek, jogurt... W ostateczności wypijmy np. kubek kakao...  Na kolację staram się jeść rzeczy lekkie i mało kaloryczne. Np. naturalny jogurt z dodatkami. Przepis już kiedyś wrzucałam. (http://sefk.blox.pl/2013/05/Ciepelko-dinozaury-i-mala-przestroga.html ). czasem jem sałatkę, czasem kanapki ale staram się wtedy chleb ukroić cienko a na niego położyć np. chudą wędlinkę (nawet dwa plasterki na każdą kromkę) i duuużo warzyw (pomidorki, ogórki, rzodkiewki, sałata...).

AD4. A to jest drugi punkt którego nie powinno się łamać (drugi po ilości posiłków). Brzuchy musza zdążyć przetrawić jedzonko zanim położymy się spać. Te 3-4 godziny im są po prostu potrzebne i już. Tak więc kolacja o 18-tej a potem tylko picie. I na miłość boską... jak cola to light, jak herbata to ze słodzikiem a jak sok to sami go wyciśnijmy. A najlepiej sok to rano, bo soki są słodkie. Nawet jeśli je sobie sami wyciśniemy. Jak już musimy wieczorem coś jeść to świetne jako pogryzaczki są takie okrągłe wafle ryżowe albo ryż dmuchany.

Trzymam kciuki za sukcesy.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5